Czarownice i magia w XVII-wiecznym Zamościu
Zamość, miasto w XVII wieku nawet nie stuletnie, miał jednak bardzo ciekawą historię dotyczącą czarownic i stosowania magii. Wiadomo to dzięki nieocenionemu pamiętnikowi rektora Akademii Zamojskiej Bazylego Rudomicza. Prowadzony codziennie diariusz dostarcza bezcennych informacji na temat spraw zajmujących go na co dzień, wśród których znajdują się również te trudno wytłumaczalne. Ponieważ był on człowiekiem wykształconym, mamy wgląd w jego sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Innym źródłem poniższych informacji są akta miejskie i dokumenty wychodzące z kancelarii zamku zamojskiego. Na ich podstawie można podjąć się próby odtworzenia zagadnień związanych z czarownicami, magią i zabobonami siedemnastowiecznego Zamościa.
Czarownice na zamku
Trzy dni temu jaśnie oświecona księżna opowiadała zadziwiające rzeczy o rzucaniu czarów na jej rodziców, aby stali się niepłodni i zapadli na epilepsję, na którą by umarli. Przekazał to (…) Jerzy Zamoyski, ówczesny pokojowy jaśnie oświeconego pana kanclerza, który zapytany o zabraną czapraszkę z diamentami, tak odpowiedział: „To nie moja wina, ale mojej pani matki, ponieważ kazała starym babom czynić czary”. Te, schwytane, wszystko wyznały na torturach, jak pochowały w pokojach martwe małe płody etc., które zostały rzeczywiście znalezione i spalone razem ze staruszkami i zręcznie zrobionym koziołkiem. Sprawczynią tego wszystkiego była pierwsza żona pana Zdzisława Zamoyskiego z domu Wiśniowiecka. Tyle Bazyli Rudomicz pod datą 19 kwietnia 1669 roku. Historia makabryczna, nieprawdopodobna by się wydawało, ale ma swoje umocowanie w faktach.
O co chodziło? Ano, jak w Zamościu w XVII wieku nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi zapewne o ordynację… Jej dziedziczenie było ściśle związane z posiadaniem męskiego potomka, bo tylko on mógł przejąć zarząd nad dobrami. Zaznaczyć należy, że nie były to dobra własne Zamoyskich, ale coś na kształt wieczystej dzierżawy kilku sąsiadujących ze sobą starostw, którymi król obdarował Jana Zamoyskiego. Na straży ordynacji stały zatwierdzone przez sejm statuty, a jeden z nich stanowił, że dziedziczyć może tylko najstarszy syn najstarszego syna, a jeśli go brak, to ordynacja powinna przejść na kolejnego Zamoyskiego.
Jan Zamoyski miał jedynego syna, Tomasza, który po dojściu do lat dorosłych, ożenił się w marcu 1620 roku z Katarzyną Ostrogską z Jarosławia, córką księżnej Anny i starszą siostrą Anny Alojzy Chodkiewiczowej. Choć małżonkowie się nie znali przed ślubem, to szybko zapałali do siebie uczuciem. Jednak minął rok, potem kolejny, a Katarzyna nie była w stanie donosić żadnej ciąży. Prawdę mówiąc, nie ma nawet stuprocentowej pewności, że w jakieś zachodziła, bo nie ma w korespondencji bezpośredniej informacji na ten temat, a jedynie zawoalowane wzmianki.
Jedna z nich pojawiła się w liście Tomasza do żony pisanego w czasie kampanii chocimskiej, gdzie przekazuje jej władzę nad majątkami nawet w sytuacji, gdyby nie donosiła ciąży. Już sam fakt, że rozważał taką opcję, zdaje się świadczyć o tym, że małżonkowie już wcześniej doświadczali straty. Tomasz planuje również wsparcie dla żony na wypadek wizyty królewskiej w Zamościu, jednak po zwycięstwie śpieszy do domu, bo Katarzyna zachorowała.
List Tomasza z sierpnia 1621 wskazuje, że była już w dość wysokiej ciąży, być może nawet można było określić płeć dziecka, bo skoro wiedzieli się ostatnio w lipcu, to wskazywałoby na co najmniej 12-13 tydzień i początek drugiego trymestru. Jednak Zamoyska znów (?) poroniła, a co gorsza nie mogła szybko dojść do siebie. Jej dolegliwości trwały od jesieni 1621 roku do lutego 1622 roku.
Wkrótce pojawiły się plotki jakoby do poronienia doszło za sprawą czarów. Jako pierwsza podejrzana wytypowana została Anna z Wiśniowieckich Zamoyska. Anna była siostrą księcia Konstantego Wiśniowieckiego i żoną Jana Zamoyskiego, strażnika koronnego, zmarłego w 1619 roku. Miała z nim pięciu synów: Zdzisława Jana, Jana Chrzciciela, Aleksandra, Maurycego i Jerzego oraz córkę Helenę. Najstarszy z nich dziedziczyłby ordynację w razie bezpotomnej śmierci Tomasza.
Cios był tym boleśniejszy, że wojewoda kijowski wspierał ich kariery, a nawet finansował włoskie studia Jana Chrzciciela. Odebrał zatem takie działania ze strony Anny jako akt zdrady. Wywołało to gniew, niesnaski i gwałtowną wymianę korespondencji. W sprawę włączył się również kapelan drugiego ordynata i brat Anny, książę Konstanty, dla którego takie oskarżenia były plamą na honorze.
W wyniku wzajemnych wyjaśnień szybko wyszło na jaw, kto naprawdę stał za sprytnie uknutą intrygą. Był to Wacław Zamoyski, młodszy brat męża Anny, który zamierzał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Jako samozwańczy strażnik statutów ordynacji postanowił maksymalnie utrudnić zestresowanej Katarzynie ponowne zajście w ciążę i równocześnie skompromitować rodzinę starszego, niedawno zmarłego brata Jana. Wszystko to po to, aby zagarnąć dziedzictwo Tomasza. Na szczęście nie udało mu się to, jedyne, co osiągnął, to zepsucie stosunków z wojewodą kijowskim.
Dlaczego jednak Gryzelda Wiśniowiecka wspomniała tę historię po tylu latach? Najprawdopodobniej była to zwykła ciekawa opowieść przy suto zakrapianej wieczerzy (na co wskazuje choćby pomylenie genealogii przez Rudomicza). Raczej nie chodziło o podkopanie autorytetu Zdzisława Zamoyskiego i jego potomków, choć to kusząca hipoteza, z prostego powodu – Anna pochodziła z Wiśniowieckich i jej domniemana hańba kładła się cieniem na cały ród, również na syna księżnej i siedzącą przy stole księżnej prawnuczkę Anny, Zofię. Dziewczyna właśnie przybyła, aby na zamojskim zamku zamieszkać na stałe po śmierci matki. Jej zaś z pewnością Gryzelda krzywdy uczynić nie chciała, skoro kilka lat później bardzo ją chwaliła i hojnie obdarzyła w swoim testamencie.
W opisie Rudomicza zwraca uwagę kilka rzeczy. Czary zostały rzucone na Zamoyskich przez „stare baby”, a ich celem było wyprawienie z tego świata Tomasza i Katarzyny bez potomstwa i w mękach. Kobiety te ponoć schwytano, torturowano, aby wydobyć przyznanie się do winy. Oczywiście nie mogło zabraknąć tak drastycznych szczegółów, jak obumarłe płody, być może ususzone lub zmumifikowane (trudno sobie wyobrazić, żeby były w innej formie) i zręcznie zrobiony koziołek. Kobiety i artefakty zgodnie z relacją spłonęły na stosie.
Niestety nie dysponujemy żadnym innym źródłem, mogącym potwierdzić prawdziwość tej historii. Korespondencja potwierdza jedynie fakt oskarżenia Anny Wiśniowieckiej, natomiast nie wspomina niczego na temat zabiegów magicznych, jakie miały być zastosowane.
Elżbieta Hazówna
Sprawa Elżbiety Hazówny nie jest sprawą o czary, lecz o otrucie męża. Pokazuje jednak, jak działał system prawny również w przypadkach oskarżeń o czary. Elżbieta nie była ubogą staruszką, którą łatwo było zmanipulować, była córką jednego z najbogatszych zamojskich kupców, Jakuba Haza (Hasa/Haasa), mieszkała w reprezentacyjnej kamienicy w południowej pierzei przy Rynku Wielkim (dziś Staszica 17). Z nieznanych przyczyn ojciec wydał ją za Jerzego Paulego, oficera na służbie Jana II Zamoyskiego.
Nieporozumienia zaczęły się krótko po ślubie i dotyczyły, a jakże, pieniędzy. Musiały być bardzo intensywne, ponieważ oparły się aż o sąd zamkowy, będący najwyższą instytucją rozstrzygającą w Zamościu. Najpierw z zięciem sądził się Jakub, lecz wkrótce zmarł. Pauli sądził zatem, że teraz będzie mógł bez przeszkód przejąć cały majątek. Jednak coś poszło nie tak. I nagle w maju 1657 roku Rudomicz notuje, że zawiązał się cały spisek przeciwko Paulemu. Uczestniczyły w nim co najmniej cztery osoby: sama Elżbieta, jej mamka Agnieszka, położna i złotnik, który dostarczył truciznę. Rudomicz nie szczędzi pejoratywnych określeń wobec nich wszystkich. Podobnego zdania był sąd miejski, bo kary sypnęły się bardzo szybko – 26 kwietnia wykryto spisek, a już 4 maja ścięto Agnieszkę, położną wychłostano pod pręgierzem, a złotnika w ratuszu. Sama Elżbieta ocaliła życie, decydując się konwertować na katolicyzm. Rudomicz pisze co prawda, że zaprowadzono ją z wielkimi honorami do starościny tyszowieckiej, ale ciąg dalszy był o wiele bardziej smutny.
Pauli nie poniechał oskarżeń, w efekcie których Elżbieta została pozbawiona całego wszystkiego (także czci) i wygnana z dóbr zamojskich, a jej desperackie próby odzyskania opieki nad dziećmi i majątku uznane zostały za mataczenie. Nie wiadomo, co wtedy robiła, później napisała, że musiała utrzymywać się z pracy własnych rąk. Pauli był tak sprytny i przekonujący, że zamościanie dopiero po roku zorientowali się, kto jest tu prawdziwym winowajcą. Nie pomogło to jednak Elżbiecie, a jej były już mąż korzystał bezprawnie z całego jej majątku pod pozorem opieki nad dziećmi. W międzyczasie ożenił się po raz drugi. Nieszczęśliwa kobieta nie przestawała jednak upominać się o swoje prawa i dopiero 10 lat po skazaniu doczekała się symbolicznej sprawiedliwości. Symbolicznej, bo Pauli nie wywiązał się z nakazów sądowych mimo przegranej i nadal bezczelnie korzystał z majątku byłej żony. Zmarł spokojnie trzydzieści lat później.
Sprawa Hazówny pokazuje, jak bardzo kobieta była wtedy bezbronna wobec systemu prawnego, a powodzenie Paulego mogło również ośmielić naśladowców, co pokazuje sprawa kolejnej Zamościanki.
Katarzyna Bielenkowiczowa
Wokół Katarzyny Bielenkowiczowej narosło wiele legend. Opowiada się, jak opiekowała się rannymi w czasie oblężenia przez Chmielnickiego, że znała języki obce i wyróżniała się mądrością. Rzeczywistość jednak nie była tak barwna. Bielenkowiczowa była mieszczką zamojską, żoną Macieja. Już samo nazwisko ich bywało zapisywane na różne sposoby: Bylinkowicz, Bielinkowicz, Bielenkiewocz, co komplikuje poszukiwania archiwalne. W zasadzie jedynym źródłem pozostaje diariusz nieocenionego Bazylego Rudomicza i księgi miejskie, które jednak w jej przypadku nie mówią zbyt wiele – nie wiadomo nawet, w którym miejscu mieszkała. Rekonstrukcja zasiedlenia nie wykazała Bielenkowiczów, co oznaczać może, że albo mieszkali na przedmieściach albo Maciej ukrył się pod samym imieniem w lustracji (dom Mathiasza piekarza na Rynku Solnym). Ponieważ jednak Bielenkowicz sprawował najwyższe funkcje miejskie, jego dom raczej znajdował się wewnątrz murów, co było o wiele bardziej prestiżowe. Z drugiej strony jednak wygrywał on wybory głosami pospólstwa, jak z niechęcią notował Rudomicz, ciężko zatem ostatecznie rozstrzygnąć sprawę. Znamienne też jest, że Bielenkowicz pozostaje poza kręgiem znajomych rektora.
Pierwsza wzmianka o Bielenkowiczach dotyczy malarza zidentyfikowanego jako syn Macieja, Paweł, i pochodzi z 9 listopada 1659 roku. Został on zraniony przez niejakiego Teodora Zerebkowicza, a Bazyli Rudomicz zajmował się rannym. Niestety obrażenia były na tyle poważne, że wkrótce zmarł. Zerebkowicza skazano na śmierć, jednak ostatecznie wyrok zamieniono na inne kary cywilne.
Kolejna wzmianka, dotycząca już samej Katarzyny, pochodzi z 14 października 1660 roku. Rudomicz informuje, że Katarzyna została oskarżona o podawanie mężowi trucizny, która wywołały u niego powtarzające się ataki epilepsji. Sąd jednak odstąpił od wykonania wyroku, bo poszkodowany nie wniósł skargi. Katarzyna zatem została zwolniona z więzienia.
Kolejne informacje o Macieju Bielenkowiczu dotyczą jego wyboru na różne urzędy. Aż do 12 maja 1664 roku, gdy czytelnik dowiaduje się, że połączone sądy, wójtowski i radziecki, wydały wyrok na jakieś czarownice, skazując je na spalenie na stosie. Niestety, rektor nie podaje tym razem, na czym polegało ich przewinienie. Wyrok ten Jan Sobiepan Zamoyski polecił zamienić na ścięcie i był przy tym obecny. To zdawałoby się kończyć sprawę, ale cztery dni później pojawia się kolejny zapis: Katarzyna Bielenkowiczowa, żona wójta zamojskiego została ścięta w ratuszu wczesnym rankiem z powodu obcowania z czarownicami dopiero co spalonymi na stosie.
Zapis ten jest o tyle interesujący, że dowiedzieć się można z niego o fakcie spalenia zwłok ściętych kobiet oraz o tym, że Bielenkowiczowa weszła z nimi w interakcje. Rudomicz, o dziwo, rozwija temat. Pisze bowiem, że to Katarzyna wtrąciła je do więzienia przez swojego męża. Nie wiadomo jednak, czy chodzi o fakt, że wykorzystała jego urząd, aby się pozbyć tych kobiet, czy raczej mąż był powodem, że chciała się ich pozbyć, bo wolał ich towarzystwo niż żony.
Przytoczone przez Rudomicza zeznania sąsiadów, mające dowodzić znajomości czarów przez Bielenkowiczową, świadczą jedynie, że miała pojęcie o magii ludowej, natomiast w żaden sposób nie udowadniają, że się nią parała. Były to słowa zamojskiej piernikarki, z których wynika, że Katarzyna ostrzegała ją, że ktoś umieścił za kominem ziele hałaśnik, aby w domu panowały kłótnie. To samo miało się dziać w domu szewca Mikołaja. Piernikarka była z punktu widzenia Bielenkowiczowej bardzo niefrasobliwa, nie pilnując swoich włosów i rozrzucając je gdzie popadnie. Ostrzegła ją, że ktoś może je wykorzystać do zaszycia oczu żabie, co spowoduje ślepotę. Jedynym „dowodem” na paranie się magią jest informacja, że wójtowa przygotowała napój miłosny ze swoich włosów łonowych i spod pach.
Sprawa wygląda dość podejrzanie, jakby komuś zależało na skorzystaniu z okazji, żeby pozbyć się Katarzyny. Pewne światło rzuca wpis Rudomicza z dnia 7 sierpnia 1664 roku. Notuje on rzecz zaskakującą – Pan Bielenkowicz pojął za żonę osobę, jak mówią, nieodpowiednią dla siebie co do wieku i co do stanu. Jak na człowieka, który stracił (być może dosłownie) towarzyszkę życia, to dość szybko się uwinął znajdując sobie następną. Nie było w tym niczego zaskakującego, ale niewątpliwie dowodzi, że nie płakał zbyt długo po nieboszczce. Natomiast plotki, jakie notuje rektor, wskazują, że ludzie zainteresowali się tym i byli dość zniesmaczeni, więc być może coś było na rzeczy.
Bardzo interesujące są również sformułowane zarzuty. Nowa małżonka, nota bene też Katarzyna, była nieodpowiednia co do wieku, czyli jaka? Za młoda czy za stara? Przyglądając się realiom epoki, musiało chodzić raczej o fakt, że była starsza od niego, bo poślubianie dużo młodszych kobiet nie stanowiło najmniejszego problemu. A nieodpowiednia co do stanu, czyli zapewne wywodząca się z biedoty, bo, znów, gdyby była z wyższego stanu, nie stanowiłoby to problemu dla nikogo.
Maciej Bielenkowicz przeżył pierwszą żonę zaledwie o cztery lata. Zmarł kilka dni przed 19 czerwca 1668 roku. Rudomicz określa go jak człowieka bardzo uczciwego, choć wcześniej traktował go nie do końca właściwie, dopóki Bielenkowicz nie został rajcą. Czy ten ostatni przyczynił się do zgonu pierwszej żony? Wiele wskazuje, że Katarzyna Bielenkowiczowa padła ofiarą pomówień lub zemsty. Być może odegrały się na niej kobiety, które doprowadziła przed sąd wójtowski. A może zniecierpliwiony mąż skorzystał z okazji i wymusił torturami stosowne zeznania? Tego już się nie dowiemy.
Inne czarownice
Historie na temat innych czarownic przewijają się przez pamiętnik Bazylego Rudomicza jako anegdoty. 15 lutego 1661 roku na obiedzie u Jana II Zamoyskiego temat zszedł właśnie na czary i czarownice. Jedną podobno palono trzy razy, ale za każdym razem ożywała. W końcu wyznała, że to dzięki jej sercu odpornemu na ogień. Kiedy więc palono ją po raz czwarty, wyjęto przedtem serce, w którym znaleziono kawałek lodu. Gdy go roztopiono, a samo serce spalono, kobieta ostatecznie zmarła.
W Dubach {Dubie} mieszkać miały trzy czarownice. Jedna jeździła na ujarzmionej żabie, druga zakopała w ziemi garnek rosy, która dotychczas nie znikła. Stąd w Dubach nie ma deszczu, choć obecnie dokoła w okolicy pada. Trzecia nago wczesnym rankiem tam i z powrotem krowę ganiała, jak notuje imć Bazyli 15 maja 1664 roku. Szczególną uwagę wzbudza ta ujarzmiona żaba…
Inna opowieść z września 1668 roku dotyczy Iwana Wyhowskiego, hetmana kozackiego. Otóż wskutek zaplanowanego zamachu otrzymał on ponad sto ciosów nożami w różne części ciała. Jednak wcześniej został zaczarowany przez pewną staruszkę, więc ciosy nie przyniosły skutku, a Wyhowski z ciężarną żoną zniknął niepostrzeżenie z obozu. Staruszka ratowała się udając obłąkaną, jednak ostatecznie została schwytana i ścięta.
Praktyki magiczne
Weź dużego pająka, obetnij mu delikatnie nogi i to w przeddzień uroczystości świętego Piotra i Pawła, – pisze Rudomicz 14 lutego 1661 roku – zamknij go w łupinie dużego orzecha po wycięciu w nim otworów dla oddychania. Tak zamkniętego zawieś w spokojnym miejscu. Zawieszony w ten sposób pająk może żyć ¾ roku. Wreszcie po upływie roku również w wigilię śś. Piotra i Pawła po otwarciu łupiny orzecha i usunięciu pyłu znajdziesz kamyczek wielkości nasienia konopi. Ten kamyk noszony w pierścionku na palcu zwykł powstrzymywać rękę tego, do którego przepija się truciznę.
17 maja 1664 roku z kolei pani Rudomiczowa opowiedziała historię o tym, jak padła ofiarą zaczarowanych ziół, podłożonych w domu jej ojca po śmierci jej pierwszego męża. Miały one na celu wzniecanie kłótni pomiędzy mieszkańcami. Po wyrzuceniu ziół do rzeki i pokropieniu domostwa święconą wodą, swary ustały.
A znów 15 lutego 1667 roku rektor zanotował: Z powodu zawistnej złośliwości ktoś już kilka razy potajemnie podrzucił nam znaki zaczarowane, np. przedtem pieska sztucznie zrobionego, różne ziela itd., a ostatnio Sobek znalazł w bramie naszej kamienicy związane pazury.
Przy Eliaszu Kistesterowiczu, aresztowanym za żonobójstwo znaleziono dwie kalitki (pudełeczka, woreczki), w których nosił rozmaite rzeczy: paznokcie, włosy, kości, proszki, pisma oraz trzy ziarnka pszenicy i trzy pieprzu. Według jego zeznań miał otrzymać te artefakty od pewnej znachorki w Stanisławowie w 1678 roku, gdy nagle zachorował. Kobieta, która się nim opiekowała, widząc, że nie mógł jeść, ani pić, posłała po sąsiadkę Greczynkę, mówiącą po arabsku. Od niej to właśnie dostał te przedmioty wraz z obietnicą, że dopóki będzie je nosił, jedną na szyi, drugą pod ręką na lewym boku, to nie zachoruje. Jednak stwierdził też, ze nie miał pojęcia, co było w środku i pozostaje wiernym synem Kościoła.
Opętania i zjawiska nadprzyrodzone
Wieśniacy spod Tarnogrodu mieli widzieć siedzącą z nimi przy ognisku kobietę, która prosiła ich przez sen, żeby obudzili ją, gdy zobaczą przejeżdżające obok kolejno karety: białą, niebieską i czerwoną, które symbolizowały nieszczęścia, jakie miały nawiedzić świat. Przestraszeni chłopi nie odważyli się jej budzić, ale ona sama wstawała, podchodziła do karet, zatrzymywała się chwilę i wracała do ogniska. W końcu jeden z odważniejszych chłopów zapytał ją, czy jest dobrą czy złą zjawą. Ona przeżegnała się, co było dowodem na to, że była dobra i objaśniła im to, czego byli świadkami.
Jan Paprocki, rajca zamojski, dwa dni po pogrzebie swojej żony Agnieszki Grabowiczówny, zobaczył ją na jawie, ponieważ ścisnęła jego środkowy palec, a potem pociągnęła go za rękę. Następnie głośno jęcząc rozpryskiwała po pokoju, w którym zmarła, jakiś płyn, co napędziło strachu śpiącemu tam egzorcyście, bernardynowi Jackowskiemu. Swoją drogą, jego obecność wskazuje, że były przesłanki ku temu, że pani Paprocka nie będzie spoczywać w pokoju.
W sierpniu 1660 roku inny bernardyn, Janiszewski, opowiadał o tym, że kasztelan lubaczowski, Stanisław Koniecpolski i jego żona zostali uduszeni przez demona, który w nich wstąpił na skutek niekorzystnego wyroku Trybunału. Zgodnie z nim mieli oddać Janowi Mikołajowi Daniłowiczowi wszystkie dobra dziedziczne włącznie z Uchaniami. Tu nie widać działań mocy nadprzyrodzonych, raczej szok na skutek surowości wyroku.
W lutym 1661 roku Rudomicz notuje ciekawą opowieść o zaprzedaniu duszy szatanowi przez pijanego mistrza. Choć podpisano cyrograf, to jednak podpisujący nie korzystał z pomocy złego ducha. Gdy nadszedł czas zapłaty, szatan zażądał jego duszy. Mistrz wyparł się wszystkiego, a z okazanej sobie karty odgryzł swój krwawy podpis, połknął, a resztę oddał okazicielowi. Ten miał wrzasnąć, że został oszukany, i zniknąć w czeluściach ziemi.
Przykry przypadek spotkał również wikariusza sokalskiego, księdza Kośmidra, podczas pielgrzymki do Częstochowy w sierpniu 1668 roku. Otóż idąc przez lasy, wędrowcy napotkali zaczarowaną choinkę wyrwaną z korzeniami, lewitującą wysoko lub stawającą przed końmi. Te zdarzenia wywołały poważną chorobę u pobożnego pielgrzyma.
Kolejna nader interesująca informacja o opętaniach z września 1670 roku dotyczy wnuczek profesora Akademii Zamojskiej Szymona Piechowicza, panien Przybysławskich. Otóż zdesperowani rodzice sprowadzili specjalnego egzorcystę, księdza Rybińskiego, który przez kilka dni egzorcyzmował nieszczęsne dziewczęta w zamojskiej kolegiacie, jednak bezskutecznie. Demony ponoć zażyczyły sobie nawet obecności księżnej Gryzeldy Wiśniowieckiej jako warunku odejścia, jednak i to nie pomogło. W kolejnym dniu przemówiły głosami zmarłych mieszczek zamojskich, Brylińskiej i Zofii Fołtynowiczowej, twierdzących, że miały za życia uprawiać czary, czego jednak żałowały i prosiły o mszę świętą w swojej intencji. Dziewczęta zostały opętane, ponieważ ich ojciec miał być przekupnym sędzią, a ich stan nie zmienił się aż do listopada 1670 roku mimo wielu prób przegonienia złych duchów.
Sprawcza siła słowa
W czasie potopu szwedzkiego w czerwcu 1658 roku pewien szlachcic o nazwisku Jarczowski oświadczył, że Zamość ulegnie zagładzie w dzień Bożego Ciała lub w jego oktawę, do czego miała się przyczynić Najświętsza Maria Panna na czele czterdziestu tysięcy demonów. Klęskę mogła odwrócić tylko fundacja kaplicy na pustkowiu koło Krasnobrodu i, uwaga, zniesienie akcyzy miejskiej.
W grudniu 1660 roku niejaka Snopkowa zmarła wskutek porodu. Jednak nie była to śmierć zwyczajna w takich okolicznościach. Dziecko bowiem było ułożone w pozycji miednicowej, a ponadto jego główka była duża, skutkiem czego utknęła w kanale rodnym. Położnica opadła już z sił i nie była w stanie przeć. Niedoświadczona akuszerka postanowiła jej pomóc i pociągnęła dziecko zbyt mocno, co spowodowało oderwanie się główki od reszty ciała. Ponieważ nie można było jej w żaden sposób wydostać, Snopkowa zmarła wskutek sepsy kilka dni później. Zdaniem Rudomicza stało się tak dlatego, że gdy była w ciąży w czasie kłótni z mężem często wykrzykiwała życzenia, by płód zamienił się w kamień albo żeby się nie urodził oraz inne tego typu przekleństwa.
W tym miejscu warto przytoczyć, zdaje się, powszechne przekonanie o tym, że jeśli zaręczynom lub ślubowi towarzyszy pożar lub kradzież, to małżeństwo będzie nieszczęśliwe. Rudomicz wyraża ten pogląd w co najmniej trzech przypadkach, m.in. po ślubie Jana Zamoyskiego z Marią Kazimierą d’Arquien, Hieronima Żaboklickiego z Anną Dombrowską czy negocjacjach małżeńskich podopiecznej Agnieszki Mikiewiczówny ze Stefanem Jurkiewiczem (23 października 1668 roku). Co ciekawe, wydaje się, że ślub trzeciego ordynata był tu punktem odniesienia.
Cuda
Również w czerwcu 1658 roku w domu pewnej Ormianki zamojskiej obraz Matki Boskiej zaczął płakać i pocić się. Ksiądz Jan Kistostorowicz przeniósł obraz do kościoła ormiańskiego, gdzie wkrótce pojawiły się tłumy wiernych, chcących naocznie przekonać się o cudzie. Na szczęście ktoś trzeźwo myślący zwrócił uwagę, że „cud” może być wynikiem wilgotnej aury, kościół zamknięto do czasu ustalenia stanu faktycznego.
Kolejny obraz zapłakał 1 czerwca 1662 roku w domu pewnego ślusarza na przedmieściu. Łzy były tak obfite, że skapywały na podłogę, co potwierdzali tłumnie przybyli świadkowie.
Literatura
W dostępnych inwentarzach ksiąg nie ma zbyt wielu pozycji odnoszących się do czarów i demonologii. Profesor Hieronim Kołakowski nie interesował się w ogóle tego typu zagadnieniami. Jego obszerny księgozbiór zawierał jedynie dzieła z zakresu astrologii, używane jednak wtedy do stawiania diagnoz medycznych. Tym bardziej nie było ich w książkach mieszczańskich, na co wskazuje choćby księgozbiór zamojskiego Szkota, Jakuba Weyera.
Ciekawe światło na kwestię czarów i czarownic rzuca inny księgozbiór mieszczański znajdujący się w posiadaniu Mikołaja Miturkowicza. Otóż znajduje się w nim dzieło niderlandzkiego lekarza i demonologa Jana Wiera De praestigiis daemonum, et incantationibus, ac veneficiis libri q(ui)nq(ue), piękna księga w czerwonej okładce z żółtymi marginesami, niestety bez podpisu. Nie można jednak wykluczyć, że należała do profesora Wawrzyńca Starnigiela, jak duża część księgozbioru Miturkowicza. Opublikowana w 1563 roku w Bazylei książka Wiera jest wymierzona przeciw słynnemu Młotowi na czarownice. Autor prezentuje w niej poglądy niemal rewolucyjne. Nie zaprzecza istnieniu czarów, ale jednocześnie uznaje, że karę za nie ponoszą niewłaściwe osoby, tj. omamione, lecz nieszkodliwe starsze kobiety. Sprzeciwia się również stosowaniu tortur w czasie procesów, a same procesy uważa za nieludzkie i prowadzące nazbyt często do śmierci niewinnych osób. Jednak dzieło to chyba nie było zbyt często stosowane w zamojskiej praktyce, co widać w powyżej opisanych procesach Hazówny i Bielenkowiczowej.
W bibliotece Akademii Zamojskiej w inwentarzu z 1675 roku zanotowano obecność dzieła Jeana Bodina z 1580 roku De la démonomanie des sorciers, w którym zaleca ekstremalnie brutalne kary dla czarownic, a które przyczyniło się do nasilenia prześladowań za czary. Nie można wykluczyć, że to sam autor przysłał to dzieło Janowi Zamoyskiemu, którego poznał osobiście. Był bowiem tłumaczem polskiej delegacji przybyłej do Paryża po Henryka Walezego.
Zakończenie
Powyższe materiały z pewnością nie wyczerpują tematu, są raczej przyczynkiem do badań nad obyczajowością epoki, a zagadnienie czarownic i magii w siedemnastowiecznym Zamościu z pewnością można jeszcze poszerzyć, zwłaszcza jeśli się zgłębi materiały archiwalne. Jednak nawet na podstawie tak skąpych informacji można pokusić się o wysnucie pewnych wniosków. Po pierwsze, wiara w czary była powszechna, tym głębsza, im mniej wykształcony był człowiek. Nawet jednak głębokie wykształcenie klasyczne nie chroniło przed tłumaczeniem sobie zjawisk niezrozumiałych magią, czego przykładami są Jan Zamoyski i Bazyli Rudomicz. Dość powszechne wydaje się również karanie śmiercią kobiet uznanych za czarownice. Bywało jednak, iż oskarżenia o czary i trucie były wykorzystywane do pozbywania się uprzykrzonych żon. Wydaje się więc, że Zamość pod tym względem nie odbiegał od pozostałych części Rzeczypospolitej.
Bibliografia
Źródła:
Archiwum Państwowe w Lublinie Akta miasta Zamościa – dostęp online przez serwis szukajwarchiwach.pl
Rudomicz Bazyli, Efemeros czyli Diariusz prywatny pisany w Zamościu w latach 1656 – 1672, Lublin 2002.
Opracowania:
Lisiecka E., Nieszczęsna Elżbieta Hazówna z Zamościa, w: http://przewodnicyzamosc.pl/archiwa/23203, dostęp: 24.06.2026
Majewski M. Ł., Karta ze stosunków rodzinnych Ormian zamojskich: morderstwo Heleny Kistesterowiczowej (1680), Lehahayer Czasopismo poświęcone dziejom Ormian polskich 8 (2021), s. 5-41
Nowak B., Opowieści staropolskiego Zamościa. Groźne wiedźmy i płaczące „Maryjki”, w: https://szczebrzeszyn.naszemiasto.pl/opowiesci-staropolskiego-zamoscia-grozne-wiedzmy-i-placzace-maryjki/ar/c15p2-28108691 dostęp: 24.06.2026
Tyszka P., Anna z Wiśniowieckich Zamoyska – szekspirowska Lady Makbet rodu Zamoyskich?, Acta Universitatis Lodziensis. Folia Historica 116 (2024), w: https://czasopisma.uni.lodz.pl/historica/article/view/24493/24449, dostęp: 24.06.2026.